relacja - "Spodek niespodzianek - Odjazdy `92" [Tylko Rock 2/1993]

ODJAZDY 1992
Oddział Zamknięty, Closterkeller, Wilki, Psyche, The Young Gods
Katowice, Spodek, 15 listopada 1992




Tomasz Beksiński wybrał się do Katowic na odjazdy '92, by zachwycić się czerwoną suknią Anji Ortodox, poznać wstrząsającą tajemnicę duetu Psyche, w końcu zaś zostać zmiażdżonym przez muzykę zespołu The Young Gods.

Wybierałem się na tegoroczne Odjazdy z pewnym niepokojem. Przede wszystkim obawiałem się rozczarowań, bałaganu i organizacyjnych uchybień. Poza tym przeczuwałem wizytę u dentysty - po ubiegłorocznym festiwalu napisałem w "Tylko Rock" kilka słów prawdy i teraz mogło się to odbić na moim uzębieniu. Liczyłem jednak na to, iż odjazdowi organizatorzy wyznają starą zasadę "prawdziwa cnota krytyk się nie boi", i, że tym razem, postarają się, żeby wszystko było na medal, i tu się na szczęście nie pomyliłem.

Zaraz po przybyciu na miejsce zapoznałem się z programem. Został ułożony wyjątkowo inteligentnie. Występy poszczególnych artystów miały następować po sobie w strategicznej kolejności, z uwzględnieniem muzycznych stylów, atrakcyjności i popularności. Szybko zorientowałem się, że dla mnie Odjazdy zaczną się około siedemnastej od występu zespołu Piersi, który chciałem koniecznie zobaczyć ze względu na kontrowersyjny

song o pociągu kleru do gorzały.

Potem miał zagrać Closterkeller, dalej Psyche, Wilki i na koniec bogowie samplerowego rocka, The Young Gods. Wieczór zapowiadał się więc interesująco, ale trzeba by o coś zrobić z pochmurnym i deszczowym popołudniem. Udałem się więc do chińskiej restauracji, w której czas mijał szybko i przyjemnie. Gdy dokładnie o siedemnastej wkroczyłem do Spodka, usłyszałem zdumiony znajome frazy utworu Agnieszka. Closterkeller znalazł się na scenie pół godziny przed czasem! Potykając się i wymijając osoby błąkające się za kulisami dotarłem pod scenę, gdy ten wspaniały utwór o wampirzycy dobiegał już końca. Bytem niepocieszony, ale szybko zapomniałem o rozgoryczeniu - Closterkeller dał chyba najlepszy koncert, jaki widziałem. Anja wystąpiła w swojej czerwonej sukni ślubnej - to byt prawdziwy odjazd z radością stwierdziłem, że zmiana basisty wyszła grupie na dobre. Krzysiek Najman jakby zmobilizował pozostałych muzyków do bardziej ekspresyjnego, rockowego grania. Nigdy nie słyszałem tak porywającej wersji Jeszcze raz do końca, nie mówiąc już o Iluzycie i Czerwonym winie. Publiczność również zareagowała ciepło - na bis Closterkeller wykonał własną wersję Wild Flower The Cult; gdyby Ian Astbury to usłyszał, chyba byłby dumny. Klnąc pod nosem, że spóźniłem się na jeden z lepszych koncertów, jakie w życiu widziałem, wycofałem się spod estrady aby nie psuć sobie wrażenia. Miał bowiem zagrać Oddział Zamknięty, za którym nigdy nie przepadałem. Za kulisami dowiedziałem się, że za zakłócenie porządku festiwalu odpowiadają właśnie muzycy Oddziału, którzy wcześniej opuścili Spodek i nie stawili się na scenie na czas. Organizatorzy przemyśleli wszystko bardzo starannie - Closterkeller miał przygotować grunt pod występ Psyche, specjalizującego się w muzyce elektroniczno-techno-nowofalowej. Tymczasem rozgrzani dynamicznym koncertem Closterkeller fani Oddziału załapali zdecydowanie rockowy nastrój - gdy kilka minut po osiemnastej na scenę weszli wokalista Darrin Huss i obsługujący sprzęt elektroniczny Johannes, przywitały ich gwizdy zniecierpliwienia. Występ Psyche mimo to byłby pewnie udany i może nawet fascynujący, ale na domiar złego sprzęt odmówił muzykom posłuszeństwa. Darrin robił co mógł, aby uratować sytuację. Gdy Johannes borykał się z syntezatorem i komputerami, Darrin próbował śpiewać a capella, a także rozrzucał wśród słuchaczy koszulki Psyche. Nie przejął się, gdy na scenę posypały się plastykowe butelki po napojach chłodzących. Darrin i Johannes wykonali w tych okolicznościach tylko dwa nastrojowe utwory (w tym mój ulubiony Ghost z ostatniego albumu) i wycofali się za kulisy. Okazało się jednak, że kłopoty nie wpędziły ich w minorowy nastrój. Bez trudu lali się namówić na wizytę w stoisku firnowym SPV-Poland, gdzie błyskawicznie otoczyła ich gromadka fanów i łowców autografów. Darrin był zaskoczony popularnością Psyche w naszym kraju. Jesteście niesamowici - powiedział mi później. Po kilku miesiącach ludzie w Polsce wiedzą o nas więcej, niż w Niemczech po kilku latach! Spytałem go, dlaczego nie przyjechał do nas razem z bratem. Dowiedziałem się rzeczy smutnej - Stephen Haus jest

chory na schizofrenię

i dlatego przez kilka lat Psyche właściwie nie istniało Praca nad albumem Daydream Avenue przeciągała się z powodu choroby Stephena, a jakakolwiek promocja muzyki z jego udziałem okazała się niemożliwa. Darrin powiedział mi, że o kolejach losu Psyche można by napisać bestseller. Zaznaczył też, że być może w wolnych chwilach to zrobi. A na razie planuje wydanie albumu kompilacyjnego, zaś w przyszłości chciałby nagrać płytę z Johannesem a także... znowu przyjechać do Polski. Przebiegające w serdecznej atmosferze spotkanie z kanadyjskimi artystami sprawiło, że nie zdążyłem na koncert Wilków. Zajrzałem na salę tylko na chwilę i pomyślałem sobie, że oto mamy polską beatlemanię. Wilki cieszą się niesamowitą popularnością - i słusznie, gdyż wydana przez MJM płyta jest pod wieloma względami znakomita, ale... Zastanawiałem się, w jakim stopniu wszystkie te rozhisteryzowane nastolatki przyciąga muzyka Wilków, a w jakim sam widok Roberta Gawlińskiego Ale to temat na inna rozprawę. Głośno opiewanego w prasie wypadku podczas koncertu Wilków nie widziałem. Widział to jednak mój przyjaciel i autorytatywnie stwierdził, że zadymy żadnej nie było. Po prostu nie wytrzymała metalowa barierka przy schodach. Zakulisowe rozmowy z muzykami Psyche i oblegającymi ich fanami przeciągnęły się aż do dwudziestej pierwszej, kiedy to artyści zapragnęli coś zjeść. Gdy po odprowadzeniu ich do garderoby wracałem do stoiska SPV-Poland, spotkałem Anję. Właśnie wyszła z sali głównej, gdzie od kilkunastu minut grał już szwajcarski zespół The Young Gods. Nakłaniała mnie, żeby koniecznie obejrzał ten występ, bo dzieją się tam rzeczy niesamowite. Sama nie mogła dłużej zostać na sali, gdyż z głośników dobiegał

zgiełk rozrywający słuchacza na kawałki,

ona zaś obawiała się o swoje dziecko. Może to posłużyć za najlepszą recenzję tego koncertu. Muzyka The Young Gods dosłownie wprasowała mnie w podłogę: nie mogłem się ruszyć, patrzyłem jak zahipnotyzowany na scenę, na której trzech facetów budowało zabijająca ścianę dźwięku. Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie zobaczył: wokalista, perkusista i gość obsługujący samplery, które jazgotały ostrzej niż Metallica. To była tak zwana muzyka bebechów - dudniące, ryczące i zgrzytając dźwięki wręcz przestawiały mi wnętrzności. Ach, jakie to było cudowne uczucie!! Nie przepadałem wcześniej za The Young Gods. Słyszałem jakiś ich album śpiewany w języku żabojadzim, który przypomina mi wymioty trzmiela. Bardzo jednak rozwinęli się od tamtego czasu. W spodku śpiewali po angielsku - a występ zakończyli upiorna balladą November Song, po której nawet zachrypnięty Jurek Owsiak zabrzmiał niczym komar. Szok! Następnego dnia natychmiast kupiłem ich płytę TV-Sky. I katuję się tą muzyką każdego ranka. Dzień jest potem wiele weselszy. Tego koncertu nigdy nie zapomnę.

TOMASZ BEKSIŃSKI

Wstecz