relacja - "Jurkocin, czyli szpadlem do piekła, impresje Orthodoxyjne..." [Brum 9/1997]

PRZYSTANEK WOODSTOCK
Żary, 1997

No i następny Przystanek Woodstock już za nami. Miłość, przyjaźń i muzyka. Słoneczko, zabawa, sielanka. Luzik i spokój. Pełen spokój także w sercach państwa redaktorów od muzycznego show biznesu, którzy kolejny rok z rzędu nie zauważyli największego muzycznego festiwalu w Polsce (w zależności od źródła informacji: od 30 do 60 tys. ludności). Na Przystanku grają kapele generalnie mało znane, w dużej liczbie w ogóle spoza nurtu rockowego, folkowe, regałowe, krishnowe, są współcześni bardowie jak BOGUŚ WYDERKA i różne owsiakowe wynalazki. Nie ma walk fanów poszczególnych gwiazd, bądź starć frontów ideologiczno-muzycznych - Przystanek Woodstock jest jedynym miejscem w tym kraju, gdzie muzyka naprawdę łączy zamiast dzielić. Po licznych "krwawych Jarocinach" jakie widziałam, nie sądziłam, że czegoś takiego dożyję.

Tak więc, jak powiedziałam, muzyka jednoczyła aż miło i stanowiła sympatyczne tło tego wszystkiego, co tam się działo. Ale moim zdaniem nie była najważniejsza. Najważniejsza była fantastyczna atmosfera w promieniu tak co najmniej 1.5 km wokół sceny (dobrze liczę?), tam gdzie rosły namioty. Cała impreza odbywała się na dużym, płaskim polu zaraz pod miastem Żary. Scena była wielka, taka jak w zeszłym roku, przed nią duże miejsce "do tańczenia", dalej konsoleta, a za nią rozpoczynała się strefa namiotowa ciągnąca się daleko, daleko. Z jednego boku stały liczne budki z napojami i jedzeniem (naprawdę było tanio) oraz PIWEM (nie wiem, dobrym czy złym, bo dla mnie każde piwo jest ohydne i śmierdzi...). Za to dla koneserów takich jak ja, bujnie kwitł pokątny handel jabolami. Z drugiej strony pola znajdowała się druga scena, mała, na której też się trochę działo, m. in. wyświetlane były filmy ("Rejs") i nie wiem jeszcze co, bo nie byłam. Opodal znajdowała się wioska Krishnowców, w której drugiego dnia odbyło się bardzo barwne wesele. Obrazu dopełniał malowniczy, długi rząd zielonych toalet i krany z wodą. I zaraz na dzień dobry ktoś inteligentny zrealizował siebie i te krany rozwalił, jedyne źródło wody jakie było na polu. Stał się przez to głównym kadydatem imprezy do co najmniej nagrody Nobla. Podejrzenie padło na punkowców, ale być może niesłusznie, bo pytaliśmy paru i żaden się nie przyznał (a wręcz przeciwnie - incydent potępili). Szkody zostały wkrótce naprawione, co uratowało życie tysiącom ludzi. Było naprawdę goroąco. Trawniczek pod sceną zamienił się wkrótce w pyliste klepisko i pląsy publiczności wzbijały gigantyczne tumany kurzu, w którym dusili się ludzie. Litościwa Straż Pożarna polała więc rozpalone głowy. Co nagle rozpętało I Błątną Wojnę Światową. Nie będę opisywać, bo wiadomo o co chodzi. Woda + kurz = błoto. Duch starego Woodstock uniósł się nad placem, po którym szalały błotne zjawy. Nie było mnie jeszcze wtedy i nie widziałam, ale podobno harcownicy cokolwiek przegięli i od tego czasu wspomniany wcześniej JERZY O. nałożył ludziom szlaban na wodę. Ciekawam co tam się działo, oj ciekawam... Ale na pewno nic naprawdę złego, gdyż generalnie na całym Woodstocku było bardzo, bardzo spokojnie. Zero agresji, wszystkie menelizujące jednostki zostały spacyfikowane już na samym początku (co stało się już jakby tradycją tego festiwalu. Jakże piękną...). Choć, jak zwykle, prawie nie było tzw. zawodowych służb. Porządku pilnowali młodzi ludzie z Patroli Pokojowych, a przede wszystkim sami uczestnicy imprezy. I zdało to egzamin znakomicie.

A, właśnie! Nie napisałam KTO przyjechał do Żar. Tak więc byli praktycznie wszyscy: dużo punkowców, metali i czadersów różnej maści oraz posthippiesie i bluesolubni, trochę mrocznych nawiedzeńców, krisznowcy i tym podobni, a najwięcej było tzw. "normalnych choć z odlotem" zwanych też "rockową młodzieżą". Widziałam też typowe "rodzinki": tata, mama, dzieci i babcia, wyluzowani, w środku całego towarzystwa, pełna sielanka... Miłość, przyjaźń, muzyka. I wolność. Niektórzy z tej wolności korzystali może nawet i przesadnie, toteż uważało się pod nogi, aby nie zdeptać niektórych uwolnionych na maxa. Za to nie zetknęłam się (i nie słyszałam) o jakichś poważnych sprawach w sensie, że tak powiem, kryminalnym. Jeśli nie mam racji, to sorry i proszę o listy do redakcji.

A co na scenie? Ponieważ mam skrzywienie zawodowe w postaci silnej odrazy do koncertów estradowych i nie lubię głośnej muzyki (i w ogóle prawie jej nie lubię), to jak wcześniej nadmieniłam, nie oglądałam żadnego koncertu. Poza swoim (chociaż jego też siłą rzeczy nie widziałam...). Ale od czego są znajomi? Zbiorę teraz do kupy to, co od różnych ludzi słyszałam (zarówno muzyków jak i pozostałych). Zaraz jak tylko przyjechałam do Żar (pod koniec pierwszego dnia - nocy? - koncertów), co najmniej pięć niezależnych osób poinformowało mnie o otwierającym festiwal zespole SURPRISE i jego wokalistce, która swym głosem rozwala wszystkie polskie śpiewaczki do kwadratu. Zaocznie chylę więc czoła. Śpiewała covery JANIS JOPLIN, itp. ponoć lepiej od oryginałów. Co do JJ, która otwiera moją trójkę najbardziej nielubianych wokalistek, to to mnie akurat nie zaskoczyło, ale dziewczyna "załatwiła" ponoć także paru innych, renomowanych klasyków wokalu. Życzę powodzenia. Dużo było tego dnia na scenie muzyki z tekstem "Hare Kriszna", niektórych ujmującej swą egzotyką, innych wkurzającej monotonią. No cóż, de gustibus... Dla punków zagrał zespół ID. W ciemno więc walę, że był czad, pogo i szał, dziki szał. I kurz w związku z tym. Generalnie tegoroczny festiwal nie rozpieszczał zanadto punkowców - ID był chyba jedyną kapelą tego nurtu. Mają za Jarocin! (punki, nie ID...) Mojemu koledze Jarkowi podobał się bardzo występ TUFF ENUFF. Ale jemu ten band się podoba zawsze, zwłaszcza od kiedy otwierali koncerty ACID DRINKERS na trasie, więc nie wiem jak tam było naprawdę. Za to na wzmiankowanych ACIDACH, którzy zagrali zaraz potem, majtki zmoczył nie tylko JARO, ale i bardzo duża grupa ludzi. Ten koncert był zdaje się gwoździem programu pierwszego dnia Przystanku. Był świetnie przyjęty, dwa razy bisowany i w ogóle i w szczególe... Ble, ble, ble. Wszyscy piszą to samo o ich koncertach, to ja się powtarzać nie będę. Za to powiem coś innego, może ciekawszego: otóż TITUS był nabuzowany jak szpadel i oprócz tego, że grał i ryczał, to nic więcej do niego nie docierało. Nie wkurzaj się Słońce... I tak to wszyscy widzieli i poszło dalej, więc żadnej tajemnicy nie sprzedaję. (Jak chcesz, możesz w zamian wszystkim powiedzieć, co ja robiłam w Stodole...) To jest tylko rock and roll. A mieli już jednego fana mniej. Chłopak jechał na motocyklu na ten właśnie koncert i się zabił. Po prostu. Zadedykowali mu jeden kawałek. Takie to smutne, okropne i jednocześnie tak brutalnie zwyczajne. "A Ona, Ona powraca wciąż taka sama" - śmierć - napisałam kiedyś taki tekst i to zawsze gra mi w głowie w takich momentach... A wracając do Woodstock to jeszcze jedna kultowa kapela zgrała tego dnia. DŻEM. Zespół wyjątkowy, po tak wielu przejściach trzymający się nadal mocno. Można ich lubić lub nie, ale na pewno należy im się duży szacunek. Ich muzyka poprowadziła przez życie już ze dwa pokolenia młodzieży i mnóstwo ludzi przyjechało do Żar specjalnie dla nich. I myślę, że się nie zawiedli. Mam nadzieję. Nie jestem fanką DŻEMU, ale naprawdę strasznie ich podziwiam (i zazdroszczę publiczności...). Muzyczną noc zakończył "Rejs" na małej scenie i pokaz sztucznych ogni. Fajny. To już widziałam osobiście, bo właśnie wtedy przyjechaliśmy do Żar. Była 5.00....

Wszystko zaczęło się znowu ok. 16.00, kiedy upał trochę odpuszczał i dało się już żyć. I znowu zamiast słuchać muzyki, poświęciłam się życiu towarzyskiemu. Odkryłam mianowicie piękne miejsce, jakim był namiot zespołu QUO VADIS i jego nader rozrywkowi właściciele. Otóż przywieźli ze sobą taką dmuchaną tratwę ratunkowową (co to można jakoś tam długo na morzu przeżyć) oraz dużą ilość niedozwolonych napojów (nie piszę jakich, bo dzieci mogą to czytać...) i cały poprzedni dzień spędzili w niej, zwabiając do środka dziewczyny z Patroli Pokojowych (panów czasem też) i wypuszczając ich potem w stanie cokolwiek ulotnym. Tego dnia obowiązywał już odgórny zakaz "zbliżania się Patrolom do pontononamiotu", więc zdesperowany zespół łowił kogo mógł. Ale przed koncertem nie dałam sobie zrobić krzywdy i tylko wraz z innymi zespołami podziwialiśmy pięknego, nowoczesnego Żuka, którym przyjechali (byli nim podobno nawet w Danii!) i słuchaliśmy przystankowych plotek. Podobno jakaś dziewczyna urodziła na imprezie dziecko... Czy to prawda? Kto wie niech pisze do Brumu. Nierozwiązaną jest także kwestia tego, co pokazał poprzedniego dnia spod sceny OWSIAKOWI jakiś punkowiec. Jedni mówili, że ptaka, inni - faka (fucka). Rzeczy różniące się zasadniczo, ale w każdym razie szef wkurzył się na maxa, zbluzgał kolesia strasznie, służby porządkowe ponoć go potem spacyfikowały itd. Dużo ludzi krytykowało JURKA za nerwowe klimaty, jakie wnosił na scenę, ale tutaj ja chciałabym wziąć go w obronę, ponieważ każdy ma swoje jazdy, a on ma właśnie takie, bo jest sponatniczny i popędliwy do opętania. Tak więc nadal nie wiem: ptaka czy faka? I tak sobie tam dyskutowaliśmy, a muzyka grała. Dużo było tego dnia bluesa, m. in. OBSTAWA PREZYDENTA, NOCNA ZMIANA (A SŁAWEK WIERZCHOLSKI to po prostu jest coraz wyższy, albo ja już zaczęłam się kurczyć, sięgam mu już tak nieco nad łokieć... Co jest? Może stał na górce...). Fajnie grali sobie folkowcy. Zerknęłam na występ zespołu JAK WOLNOŚĆ TO WOLNOŚĆ, gdyż objawił się tam nagle na perkusji nasz dobry kolega. Fajnie grali, ludzie szaleli. Folk z taką trochę punkową sekcją rytmiczną. I dziewczyną grającą na akordeonie, niezły czad... Leżąc w furgonetce słuchałam zespołu PIVO. Moi koledzy z kapeli i nie tylko, prawie tłukli głowami w ściany z zachwytu nad tym "piwnym" gitarzystą. Że "jakby się urodził z gitarą" i "klasy światowej" i takie tam różne. Specjalnie słuchałam i nic... Nie grał pająków na efektach ani schorowanych smutnych akordów, to mnie nie wzięło. Ale w końcu to oni się znają, nie ja. Ja umiem tylko dwa akordy na gitarze. A i E. I nie wiem nawet czy to są moll czy dur... Nieźle na scenie przedstawiał się QUO VADIS w fimowych odblaskowych mundurkach z "radioaktywnymi" znakami. Dali trochę ognia. Na marginesie: jeśli sporo później , ok. 6-7.00 rano, zbudziła kogoś chóralnie wykonywana piosenka z tekstem "od rana mam dobry humor, cały dzień się śmieję", a także "kolorowe sny, kiedy ja dotykam Ciebie", to spieszę donieść, że był to właśnie wyżej wzmiankowany zespół podczas triumfalnego przemarszu przez pole namiotowe, celem udania się na spoczynek. Wiem to, bo szłam za nimi wynajęta w charakterze ich ochroniarza. Nie śpiewałam.

Mnie oczywiście najbardziej podobał się zespół ANKH (którego zwę ANEK na swoją cześć). I mój ukochany utwór "Hate and Blood". Ale grał inny skrzypek. MICHAŁ JELONEK, jak się dowiedziałam, przygrywał na jakichś szantach... Zagrali świetnie i ludzie przyjęli ich znakomicie. Bisom nie było końca. A przynajmniej tak mi się zdawało, gdy jako następna w kolejce stała za kulisami. JO zapowiedział nas. I wtedy przeżyłam moment grozy. Usłyszałam, że cała publiczność zdecydowanym głosem się czegoś domaga, skandując stanowczo w naszą stronę jakieś jedno słowo. Nie rozumiałam go tam za sceną, choć się starałam. ...o....y ?? Gotyk? Co? GOTYK??!! No tak ! Rany! I wszyscy tak krzyczą?! ZWARIOWALI???!!! Wszyscy chcą GOTYKU??!! A my już mamy ułożony cały program. Zapisany i zaklepany i niespecjalnie raczej gotycki! Zawsze nam wszyscy zarzucali, że na takich koncertach dajemy tego dołu za dużo... RATUNKU!!! Wyszłam na scenę w stanie lekkiej schizofrenii i dopiero tam zrozumiałam. WODY!!! Ale ulga... Dokładnie - kurz zabijał. Interweniując po chwili za sceną dowiedziałam się o szlabanie na ów cenny płyn za wczoraj. I tak miotałam się w tę i z powrotem za tą wodą, nie mogąc skoncentrować się na działaniach artystycznych. Zdecydowanie tym razem publiczności nie trzeba było rozgrzewać, ich trzeba było schłodzić i polać. Aż wymiękłam i na bisy zagraliśmy dwa takie ewidentne smutki do stania i patrzenia. Kurz opadł... I w końcu dyrektor pękł i załatwił znowu wodę od Straży. Aż miło patrzeć na ludzi, którzy cieszą się, że dostają z armatki wodnej... Ależ tam było świetnie na tej scenie! Aż żal schodzić. No to na koniec, nieproszona, spontanicznie, zaśpiewałam paragóralską piosenkę o Wicku iMarynie z cyckiem, jako płynne przejście do TREBUNIÓW TUTKÓW. Tymczasem wszyscy jakoś tak dziwnie osłupieli... I nie wiem do tej pory, czy TREBUNIE się aby nie obrazili, czy coś (kto wie niech napisze). TREBUNIE TUTKI grali. Towarzyszył im taki reggae'ujący zespół z niejakim SŁOMĄ za bębnami. Już po raz któryś bardzo mi się spodobała piosenka pt. "Moje Reggae". Słyszałam też bardzo dobry, jak zawsze dynamiczny koncert GANGU OLSENA.

Następnie trafiłam do pontononamiotu. Pamiętam więc jeszczewyrywkowo pokazy sztucznych ogni, potem jak szukaliśmy szpadla, aby dokopać się do piekła, potem swoją pracę jako ochroniarki zespołu metalowego i na koniec punkowców wśród których wylądowałam. I od nich usłyszałam jeden z największych komplementów w moim życiu. Otóż oni byli wreszcie pierwszymi ludźmi, którzy mnie nie rozpoznali jako CLOSTERKELLER i padło pytanie - miód: "Do której klasy chodzisz?". Nigdy im tego nie zapomnę. Potem jak jacyś ludzie mnie już zdekonspirowali, to zaczęli mówić do mnie SHAZZA... Też dzięki. Więc, ponieważ była już godzina 10.00, udałam się na nocleg....

PS. Dopisuję jeszcze na prywatne zamówienie ludzi dwa ważne epizody, składające się na ten festiwal:
Niebanalnym przykładem spontanicznej twórczości był nagły koncert w wykonaniu publiczności pod batutą osobnika o nieustalonych personaliach, niemniej ewidentnego punka. Zza barierki dyrygował on orkiestrą ok. stuosobową, na instrumentarium składały się głównie butelki, ale i w ogóle wszystko, co w danej chwili jakkolwiek dźwięczało. Wrażenie było powalające. Niestety, tytułu dzieła nie znam.... (Może ktoś z czytelników?).
Patrycy Ź l.17 przyjechał do Żar zainteresowany głównie pierwszym słowem motta festiwalu (Miłość). Poszukiwał jej usilnie cały dzień, włączając w to mimowolnie swego przyjaciela Dionizego Ń. lat 23. Pod koniec dnia spotkali dwie niewiasty płci żeńskiej, które zaoferowały im nocleg w swym namiocie. Damy poszły się umyć, a kawalerowie, czekając na materacach, zasnęli. Gdy wróciły, Patrycy Ź. w półśnie ustąpił im swój materac, przytulając się mocno do Dionizego Ń. i zasypiając już na dobre. I na tym się skończyło. Panie spały razem na drugim materacu. Dionizy Ń. nie zasnął. Akapit ten napisałam na wyraźną prośbę zdołowanego Dionizego Ń., który nigdy nie wybaczy przyjacielowi tego postępku. Imiona i nazwiska postaci zostały zmienione z uwagi na dobro śledztwa...

DALEJ >
Anja Orthodox

Wstecz